Zaczynamy!

Ekipa wyburzeniowo-sprzątająca w składzie: tata Jurek, brat Adam, przyjaciel Grzegorz i ja wchodzi do budynku 1 lipca 2017 roku. Zaczynamy od wyniesienia wszystkiego do kontenera. W drzazgi idą stare półki, szafki z desek, kocie fotele i kanapa, suszarka na pranie, wiadra, sterty steropianu, worki foliowe, naczynia, śmieci, śmieci, śmieci. W sumie do tej pory, wyjechały 3 kontenery wszelakich przydasiów i 4 kontenery gruzu. Teraz pod domem stoi już czwarty. Niestety w domu nie zachowało się nic wartościowego. Wszystkie ładne elementy ozdobne zostały wywiezione przez wcześniejszych i przedwcześniejszych właścicieli. Zabawiliśmi się więc w człowieka demolkę. Duży 3 kilogramowy młot i kilof nadały się do tego idealnie.

 

 

Kiedy zrobiliśmy sobie już miejsce w pomieszczeniach, zabraliśmy się za trudniejszą część wizyty - zrywanie tynków z sufitów w kuchni i średniej sypialni na piętrze. Sufit w kuchni był na wysokości około 2 metrów. Kiedy go mocniej nacisnąłem, zaczął się uginać. W kilku miejscach widać było deski i słomę. Tynk był popękany i brzydki. Zdecydowałem to zerwać i zobaczyć co skrywa.

Najlepszym narzędziem do tego zadania okazał się być szpadel. Wbijasz pod kątem ostrym i pchasz. Wbijasz i pchasz, wbijasz i pchasz...

Sufit sypie się spektakularnie. Co pewien czas szpadel blokuje się chacząc o cieńki drut łączący deski. Robotę łagodnie nazwę - mało przyjemną.

 

To jest ten czas kiedy sufit jest na podłodze.

Momentami nasze sylwetki znikały w chmurze sufitowego pyłu.

Tynk do desek sufitowych przymocowany był cienkim drutem i...słomą.

Czas to wyrzucić.

Kolejna cześć to wyniesienie gruzu. Tak jak z kuchni jakoś dajemy radę, tak z piętrem jest gorzej. Trzeba się było nabiegać. Po kilkadziesiąt wiader na każdego i kilkanaście kast dwuosobowych.

 

Po wyniesieniu gruzu. Bierzemy się za deski. Pierwsza, druga, trzecia i już wiem, że to jest to co trzeba zrobić. Nad deskami widać oryginalne belki i deski sufitowe. Pokryte są jakimś impregnatem, lub farbą w kolorze zgasły róż.

 

Deski wychodzą po bliskim spotkaniu z młotem i kilofem. Niektóre łatwo, niektóre nie. Z każdą zerwaną deską na głowę sypały się kilogramy izolacji (sieczka słomiana, pył, pióra, ziemia, mysia kupa). Podłoga znów pokrywła się warstwą towaru do wyniesienia.

 

Na koniec musieliśmy jeszcze wyrwać seti gwoździ z belek.

 

Deski sufitowe zdarte, a pod nimi piękne belki i oryginalne deski sufitowe...pomalowane na różowo.

Sypialnia na górze, w połowie nie było stropu.

 

Dzięki tato, bracie (robi zdjęcie), Grześku. Bez Was nie dał bym rady!

O kolejnym etapie prac przeczytasz tutaj: "Piaskujemy ściany zewnętrzne i wewnętrzne."